>> 14.11.09 >> 02:40 >> Historie prawdziwe :)
Niniejszym prezentujemy zbiór faktów niepublikowanych wcześniej, które miały miejsce w naszym jakże wspianiałym Oulu. ;)

Midnight skating
Jak to na Finlandię przystało - lodu pod dostatkiem, tak więc sezon na łyżwy trwa właściwie od jesieni. Podstawowe różnice w porównaniu z polskimi lodowiskami:
- wejście za darmo
- wielkość lodowiska to mniej więcej boisko do piłki nożnej :)
- czynne całą dobę...
No to znaczy... rano - nie chce się wstać, popołudniami - drużyny ćwiczą unihokeja, wieczorami - pełno dzieciarni. Jaki więc wniosek? Najlepsza pora na łyżwy to noc! :D Wystarczy zebrać ludzi, łyżwy, wsiąść na rower, potem przejść przez płot żeby dostać się na lodowicho and here we go!! Nie ma ludzi, jest dużo czasu, a okoliczne latarnie dają wystarczająco dużo światła. No i ta adrenalinka, gdy w okolicy ktoś przychodzi, a my nie do końca legalnie na lodowisku... ;) Wypad na łyżwy obowiązkowo kończy się w saunie, nawet jeśli sauna już nie grzeje. :)





Corridor - centrum życia kulturalnego
Akademiki w Otokyla zdecydowanie cierpią na brak dużej sali, w której można by urządzać imprezy, albo chociaż posiedzieć wieczorami. Właściwie wystarczyłaby duża wspólna kuchnia. :) Bo znacząca część życia kręci się wokół jedzenia (czyli koło Andrzeja)... Ale student wszystko potrafi, tak więc wymyślamy własne ekstremalne formy spożywania posiłków. :)






Andrzejowe obiadki... NAJLEPSZE!!

Zachody słońca
Nasza mieścina ma nie tylko pełno drzew (ciągle las i las), ale i ciekawe położenie nad morzem i przy ujściu rzeki. Tak więc praktycznie każdego wieczora widać przepiękne zachody słońca i różne kolory na niebie. Tylko zorzy polarnej niestety nie widać (a może jest, tylko że za krótko, żeby zobaczyć?). W każdym razie te zdjęcia zamieszczam "ku pamięci" ładnej pogodzie, bo słońce, to my ostatni raz widzieliśmy w St Petersburgu. :(

Plaża w Oulu






Widok z ostatniego piętra akademika ;)




Pierwszy poważny śnieg
Zupełnie pierwszy śnieg był już dawno temu, na tyle wcześnie, że zaskoczył nawet samych Finów (a niby globalne ocieplenie na świecie.. ;)). Natomiast pierwszy poważny śnieg spadł jakieś 3 tygodnie temu i przysypał nas na dwa dni. Uczciliśmy bitwą śnieżną, lepieniem bałwana i skakaniem do śniegu po saunie. :D Bałwan dostał szalik godny prawdziwego Polaka - w kolorystyce biało-czerwonej. ;)





Na koniec parę rzeczy, które przydadzą się dla poszerzenia horyzontów i poznanie nieco lepiej Finlandii i Oulu. ;)

Pierwsza rzecz - piosenka wykonana przez reprezentantkę rdzennego ludu Lapończyków (których właściwa nazwa to Saami). To nie tylko piękna muzyka i słowa (w języku saami), ale też piękne widoki, stroje i atmosfera ziemi północnych.



Film promocyjny o Oulu - ogląda się bardzo przyjemnie, ale niestety ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. :D:D A przynajmniej Oulu nie robi aż tak dobrego wrażenia jak ten filmik. xD



A na deser... cała prawda o Finlandii :)

You have stayed in Finland too long when…
1) You think it is normal to have lunch at 11:00.
2) When there is 70°C in sauna it is too cold, but when there is 20°C outside it is too hot.
3) A stranger smiling at you is crazy / drunk / a foreigner / all of that.
4) You are ALWAYS on time.
5) You`ll get drunk even on religious holidays.
6) You consider it normal to go to a summer cottage in the middle of a forest to be eaten by moskitos and to drink. Even if it is winter.
7) 5°C means mild weather.
8) Temperature below zero and snow does not stop you from biking.
9) You think silence is fun.
10) You find it normal to drink milk with your meals.
11) Hugging is reserved for sexual foreplay.
(źródło: http://www.facebook.com/group.php?gid=17062232798 )

Komentuj (4)


>> 05.11.09 >> 16:39 >> Rossija!
Zdmuchuję kurz z klawiatury i już informuję o najnowszych wydarzeniach! Czyli... wycieczka do St Petersburga - to było coś! :) Na początku planowałyśmy pojechać na własną rękę do Rosji (z duszą na ramieniu...), ale wstępne obliczenia kosztów wykazały, że nie ma sensu w porównaniu z wycieczką z organizacji studenckiej. I dobrze! Bo takich ludzi i takich przygód chyba byśmy nie mieli. ;)
Wycieczka zaczęła się w nocy ze środy na czwartek. Jak już nasz wpaniały ruski autokar dojechał do Otokyla po pół godziny spóźnienia, zapakowaliśmy się szybko w nieliczne pozostałe miejsca pomiędzy spragnionymi taniegio alkoholu ;) studentami i ruszyliśmy w kierunku kresów wchodnich. Około czternastogodzinna podróż minęła szybciej niż by się mogło wydawać, no może oprócz granicy UE-Rosja, co jest zdecydowanie nieciekawym i nudnym przeżyciem... i jeszcze te wizy... uhhh!! Wyraźnie widać różnicę po wjeździe do Rosji - drogi gorsze niż w Polsce, dość zaniedbane wsie i miasteczka, no i ta cyrylica zamiast liter. :P Ale przedmieścia metropolii już robiły wrażenie - wielkie i monumentalne budownictwo mieszkaniowe, przestronne ulice i dawno nie widziane tramwaje. Gdzieniegdzie trochę zaniedbane i obdrapane, ale przynajmniej widać, że wielkomiejskie! :)
W czwartek po południu, nieco zesztywniali, dotarliśmy do naszego hotelu. No nieźle, nieźle - czterogwiazdkowy, centrum miasta, ładny widok, ładne i czyste pokoje... tylko woda w kranie żółta i śmierdziała, jakby szła prosto z rzeki... ale podobno w całej Rosji jest podobnie. Nie zazdroszczę. :/ Ponadto w tym samym budynku była Prisma 24/7 (alkohol tylko do 23 :/ ) i MacDonald's (nie zginiemy z głodu! :D), dobrze jest!
Zaraz po zameldowaniu zbieraliśmy się na wieczorek rosyjski - ciepła kolacja, popijana wódką, a do tego zespół, który tańczył, śpiewał i zorganizował nam różne tradycyjne rosyjskie zabawy. Było super! Ale wieczór dopiero się zaczynał. Odważyliśmy się pójść na imprezę do ruskiego klubu... :P Oj, działo się, działo... :P:P ale chyba przewodnik wybrał kulturalne miejsce, bo bijatyk ani nic z tych rzeczy nie było, a po Rosji, to nie wiadomo, czego się spodziewać... w każdym razie była na pewno większa kultura niż w Finlandii! Po wyjściu z klubu było zdecydowanie weselej, bo wrócić trzeba taksówką. :D I tu zaczyna się prawdziwy ruski folklor - nie ma przedsiębiorstw taksówkowych, tylko każdy, kto ma samochód może pracować jako taxi... Tak więc trzeba uważać, żeby nie wsiąść do taxi z jakimś Gruzinem czy coś, a często zdarzają się kierowcy, delikatnie mówiąc, "młodociani", nie do końca trzeźwi itp. :P Poza tym, cenę za przejazd należy uzgodnić przed wejściem do taxi, więc licytacje uliczne to normalka - nam się udało wrócić do hotelu w ten sposób: 6 osób + kierowca w starej ruskiej ładzie za 150 rubli (~15zł). :D Za to nie zapłaci się kartą MasterCard. ;)
Parę godzin snu i zaczynamy zwiedzanie - najpierw Catherine's Palace. Piękny zamek i piękny ogród, ociekający złotem, jak cała Rosja... a tam Bursztynowa Komnata. :D No nie ta prawdziwa, bo nie została jeszcze (?) odnaleziona, ale replika - w końcu w Rosji wszystko jest możliwe! Popołudnie minęło na zwiedzaniu Spilled Blood Cathedral, której ściany są prawie całkowicie wyłożone mozaiką, tego się nie da opisać, to trzeba zobaczyć. A wokół katedry pełno sklepików, małych restauracji, bazarków z matrioszkami, gdzie trzeba się targować - takich rzeczy nie zobaczy się w Finlandii. Jednak gwoździem programu w piątek był prawdziwy rosyjski balet! Składał się z trzech części, w tym na pierwszej wszyscy zasnęli... druga było nieco lepsza, dopiero trzecia naprawdę warta była wytężenia wzroku. ;) A trochę trzeba było powytężać, bo siedzieliśmy na trzecim balkonie i w czwartym rzędzie, tak wysoko, że lepiej nie podchodzić zbyt blisko do barierki tej chwiejnej konstrukcji zwanej balkonem. ;) Niemniej jednak teatr sam w sobie był też bardzo ładny, konstrukcja inna niż w innych europejskich teatrach czy operach, no i prawie cały w złocie... :P
Sobota składała się z bardzo intensywnego zwiedzania. :) Zaczęliśmy od porannego sight-seeing z autobusu, następnie dokładne zwiedzenie jakiegoś statku, dalej fort, a w nim o 12.00 salwa honorowa i pokazy musztry. Na resztę dnia zaplanowane zostało muzeum Hermitage - jedno z największych muzeów w Europie, porównywane m.in. z Luwrem. Po pierwsze są tam przepiękne wnętrza, nigdzie jeszcze nie widziałam tak pięknych i tak różnorodnych wykończeń i malowideł, a po drugie bogate zbiory muzealne - Rembrandta, Rubensa, Picassa, Gaugina, Moneta i innych. Lepiej nie wiedzieć skąd one się wzięły w Rosji... Hermitage można prawdopodobnie zwiedzać tydzień, my oblecieliśmy je w parę godzin, umęczyliśmy się niemiłosiernie, ale warto było!
Na szczęście atrakcje wieczorne przepędziły wszystkie oznaki zmęczenia - wycieczka statkiem po rzece Newie i jej kanałach. Widok Sankt Petersburga nocą to jest coś, czego nie da się zapomnieć! Już za dnia robi niesamowite wrażenie, ale dopiero w nocy, gdy wszystko jest oświetlone, po prostu zapiera dech w piersiach. A nawet gdyby ktoś miał kłopoty z dostrzeżeniem tego uroku, jest na to środek wspomagający - Soviet champagne. :D Wliczony w koszt rejsu. :D Jest jeszcze opcja specjalna dla tych, którzy chcą zobaczyć zorzę polarną - Soviet champagne + vodka. :D:D Wtedy wystarczy już tylko ubrać specjalny ruski płaszcz z futerkiem (i z króliczym ogonkiem z tyłu - edycja limitowana) i wyjść na pokład, żeby sprawdzić jaki kolor ma zorza polarna. ;))) Na deser po rejsie znów wypad na imprezę, w końcu to było Halloween! Więc szybko wróciliśmy do hotelu zrobić jakiś makijaż (żeby nie było, że bez charakteryzacji...) i ruszyliśmy do Club 7. Tam też impreza iście w stylu rosyjskim (szczególnie "panienki"), tylko że muzyka wyjątkowo koszmarna... ale liczy się to, że klub był blisko hotelu... oj bardzo dobrze dla niektórych, na resztę nocy niech spadnie kurtyna milczenia. :P
Rano w niedzielę znów trzeba było wstać zdecydowanie za wcześnie, ale śniadanie hotelowe było warte wstania nawet o 6.00. ;))) Potem wymeldowanie i wyprawa po pamiątki do Prismy, niestety wielu cierpiało, że jest ograniczenie przewozu alkoholu przez granicę. ;) Ale i tak oceniam, że autobus wywiózł z Rosji ponad 100 litrów piwa i kilkadziesiąt litrów innych alkoholi. :) No w końcu po co jedzie się do Rosji? ;) Zapakowaliśmy się do autokaru, pożegnaliśmy czule z Rossiją i z żalem w sercach, że musimy opuszczać ten (k)raj, zaczęliśmy podróż powrotną do fińskiej ziemi...
Jako podsumowanie powiem - chyba najlepsza wycieczka, jaką miałam! :D St Petersburg jest przepiękny, trafiła nam się ładna pogoda, mieliśmy trochę przygód i ubawu po pachy. :) No i nauczyłam się czytać cyrylicę (tylko strasznie dukam...). :P A zapas alkoholu w szafie - starczy do grudnia. Jupiii!! ;) Szkoda tylko, że parę osób, w tym ja, pochorowaliśmy się po powrocie do Otokyli i to naprawdę wcale nie z przepicia! xD Niedobrze, niedobrze, bo w naszym akademiku podobno szaleje świńskwa grypa. :P Aaaale, damy radę. ;)
Priviet!!!:)))))))



Zdjęcia od Kasi, Petry, Marti, Petra, Renatki, Pepe i ode mnie. :P Dzięki ludzie! Nie tylko za zdjęcia. :D A więcej ciekawych zdjęć jak zwykle należy szukać na Facebooku. :P

Komentuj (2)


>> 16.10.09 >> 16:41 >> Hailuoto!
Blog trochę się zakurzył i narobiło się nieco zaległości.... ale wszystko da się nadrobić! :) Ostatnio jest trochę zamieszania, ponieważ właśnie skończył się pierszy period w semestrze i pora na pierwsze podsumowania, sprawozdania i tym podobne rzeczy, których pisanie po angielsku niestety zajmuje trochę czasu...

Ale zacznijmy od nadrobienia zaległości sprzed dwóch tygodni, czyli weekendowa wycieczka na Hailuto.



Wycieczka miała oczywiście charakter typowo naukowy, czyli kilka lekcji fińskiego w ramach Finnish Survival Course, połączone z lekcją fińskiej kultury i przerody. Wieczór integracyjny też przewidziany, no wiadomo. Cała ekipa około 30 osób musiała dotrzeć na wyspę na własną rękę, tzn. autobusem rejsowym, odjeżdzającym z Oulu o dość wczesnej godzinie, szczególnie biorąc pod uwagę, że była to sobota. Nam na szczęście udało się załapać na transport samochodowy z Andreasem, tak więc nieco wygodniej i w kameralnym gronie przepłynęlismy promem na wyspę i dojechaliśmy na jej najbardziej zachodni koniec. Przejazd promem na wyspę to całkiem ciekawa impreza, chociaż chyba bym nie chciała płynąć nim podczas sztormu. Oczywiście jak tylko prom ruszył, to wyskoczyliśmy z samochodu rozejrzeć się i wychylić za "burtę", na co Finowie w innych samochodach tylko się skrzywili i pewnie podkręcili ogrzewanie. :D
Wyspa Hailuoto sama w sobie bardziej porywająco wygląda na mapie niż w rzeczywistości: jedna duża droga, parę samotnych chałupinek po bokach, w porywach jeden sklep, za to lasu pod dostatkiem... jak w całej Finlandii. Gdy w końcu udało nam się znaleźć nasze domki nadmorskie, to pieszo wyruszyliśmy w kierunku latarni morskiej i paru budynków, które ktoś nam wskazał, jako tymczasowe miejsce pobytu reszty grupy. Nagle z lasu wyskakuje Andrzej... szalony człowiek, wszędzie grzybów i jagód szuka... ale zaprowadził nas do reszty grupy. :) Trochę się martwiliśmy, że się spóźniliśmy (jeden prom nam chyba uciekł...) i przegapimy pierwszą "atrakcję" pobytu - jakąś wystawę w muzeum. Na szczęście wystawa zajmowała całe 5 minut, jako że składała się z dwóch telewizorów, jednego pokazu slajdów i sztucznej foki. Tak więc zaraz po zwiedzeniu mogliśmy się udać na drugą atrakcję dnia, czyli pyyycha lunch. :D
Pogoda w sobotę była całkiem ładna, więc dalsza część dnia upłynęła na szwendaniu się w pobliżu plaży, po lesie i różnych ciekawych ścieżkach. W czasie gdy chodziłyśmy po lesie Petra odebrała telefon, że musimy uważać w lesie, bo rozpoczął się sezon polowań na łosie (wiem, fajnie to brzmi! :D), ale brzmiało to dość niepoważnie, więc szczególnie się tym nie przejęłyśmy. Później okazało się, że ten sezon naprawdę trwa i do lasu powinno się chodzić w odzieży z odblaskami albo żarówiastych kolorach. Jedno jest pewne - robiłyśmy tyle hałasu gadając, że skutecznie odstraszyłyśmy zarówno łosie, jak i myśliwych. :)
Popołudnie zleciało dość szybko na rozpakowywaniu się w domkach, szybkich lekcjach i przygotowaniach do wieczora - pogaduchy i picie, a potem ognichooooo! ;) Trzeba przyznać, że miejsca na ognicho były przygotowane profesjonalnie, składały się z drewnianych, zabudowanych mini-chatek, żeby ochronić uczestników przed wiejącym od morza wiatrem i ogólnie zamarznięciem. Późnym wieczorem niektórzy desperaci poszli na saunę (i potem chyba poszli się moczyć w morzu), a reszta grała we flanki (łącznie z nauczycielką!!!). Dla tych, którzy nie wiedzą co to flanki - informacje tutaj, ale każdy szanujący się student polibudy powinien wiedzieć... ;) Pani od fińskiego najwyraźniej żyje ze studentami za pan brat, mimo że ma chyba prawie 65 lat; razem z nami piła i tańczyła, upiekła całej grupie naleśniki, a następnego dnia dwa ciasta i zrobiła tradycyjny fiński ser (o smaku mydła). Ale trzeba jej przyznać, że jest czaderska. :)
Niedziela zaczęła się od lunchu, potem dość długich lekcji fińskiego, ale na szczęście w dość luźnej atmosferze. Niestety pogoda była paskudna, więc po doprowadzeniu domków do stanu używalności i krótkiej sjeście nie było co robić. :( Siedzieliśmy w przedszkolu, które służyło nam jako świetlica ;) i zbijaliśmy bąki... Wieczorem jeszcze zorganizowaliśmy szybkie pożegnalne party połączone z kolacją i zbieraliśmy się do powrotu na stały ląd. Jakoś tak wyszło, że trzeba było zrobić niezły wyścig z czasem, żeby zdążyć na prom, ale Andreas dał radę i dotarliśmy do akademika o przyzwoitej godzinie. :)



Obiecałam odpuścić superdługie opisy naszego codziennego życia, więc tylko w skrócie. ;)
Życie w akademiku zdecydowanie się uspokaja, bo ludzie mają egzaminy i udają, że się uczą. Poza tym północna pogoda powoli daje nam w kość, więc jest zdecydowanie mniej amatorów imprez na mieście. :) Od poniedziałku zaczynają się tygodniowe wakacje dla studentów (nadal nie wiemy po co komu wakacje w środku zimnej i deszczowej jesieni, ale cóż Finowie są dziwni). Większość osób wyjeżdza więc na różne wycieczki, typu Ryga, Talin i Sztokholm, a my mamy jeszcze niesprecyzowane plany. Wiemy tylko, że pod koniec listopada wyjeżdzamy na czterodniową wycieczkę do St Petersburga. Było trochę zamieszania z tymi cholernymi wizami, ale już wszystko załatwione, więc jedziemy kupić tanią wódkę. ;););)

A teraz coś, co w zamierzeniu ma wam ułatwić zrozumienie niektórych rzeczy, które tu wypisujemy. :) Mam nadzieję, że jeszcze nie zasnęliście nad lekturą tej notki?!?

No więc dla zainteresowanych i dla tych, którzy akurat się nudzą, pod spodem zamieszczam zrobioną przeze mnie mapkę najważniejszych dla nas miejsc w Oulu i paru innych przydatnych lub dziwnych rzeczy. :) Oczywiście jak każdą mapę google, można powiększać, przesuwać, a nade wszystko klikać te niebieskie znaczki i trasy, bo każde z nich ma krótki opis. Chociaż najłatwiej będzie odnaleźć się w opisach, gdy mapa będzie w nowym oknie. No to klikać i miłej zabawy! :)

MAPA W NOWYM OKNIE



Komentuj (3)


>> 02.10.09 >> 23:51 >> Forest people
Na sobotę została zaplanowana wielka wyprawa do lasu. Na początku miała to być skromna i krótka wycieczka w celach krajoznawczych połączona z krótką wizytą u leśnych ludzi, a potem myk z powrotem do domu, żeby zdążyć zrobić zakupy przed niedzielą (niestety już nie raz się zdarzyło, że w niedzielę, gdy wszystkie sklepy są zamknięte nasza lodówka bezlistośnie świeciła pustkami :P). Ale zazwyczaj gdy wrzuci się ogłoszenie o imprezie na Facebooka, to ekipa zbiera się już pokaźna i, jak to zwykle bywa gdy jest dużo ludzi, plany ulegają zmianie. Na szczęście w tym przypadku na lepsze!
Spotkaliśmy się o 12.00 przed akademikiem. Około 12.30 udało się zebrać wszystkie osoby, które zaspały/nie doczytały/zapomniały/podjęły spontaniczną decyzję o przyłączeniu; następne 20 minut zajęły SZYBKIE naprawy rowerów i ruszyliśmy. Droga, wyliczona przez najwspanialszą mapę świata, czyli maps.google, podobno miała mieć około 15km, ale jakimś cudem zajęła nam 1,5h i to bez (większego) błądzenia. W końcu Dominika uwielbia pracować jako nawigacja. ;)))
Po drodze po raz pierwszy miałyśmy okazję zobaczyć uroki fińskiej jesieni - kolorowe liście, promienia słońca odbijające się na rzece i w ogóle och i ach. Wszyscy uczestnicy wycieczki napstrykali mnóstwo zdjęć, ale zamieszczamy tylko kilkanaście, żeby nikt nie usnął przy oglądaniu pokazu slajdów... Przerwa nad zatoką, gdzie robiliśmy zdjęcia zajęła chyba dłużej niż sam dojazd, ale zdecydowanie było warto. W języku fińskim istnieje nawet specjalne słowo "ruska", które oznacza pełno różnokolorowych liści na drzewach i na ziemi w czasie jesieni, zanim jeszcze śnieg nawali (dla zainteresowanych więcej informacji).
Gdy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że oprócz ulicy, która jest długa i szeroka jak na Finlandię, to właściwie nie wiemy, gdzie leśni ludzie mieszkają... ale po parunastu minutach odnaleźliśmy ich domki. Dosłownie domki. Mieszkają w takich małych białych chatkach z werandą, które wyglądają jak letni ośrodek wypoczynkowy w lesie, tylko że zamiast ogrodu i trawnika mają las. :D Ale pozory mylą, bo w środku nie dość, że mają cieplej niż w Otokyla, to jeszcze porządną kuchnię i łazienkę, osobny pokój dla każdego i ciszę. Duuużo ciszy. :) Pozostali mieszkańcy tego specyficznego miejsca, to Finowie, którzy nigdy nie wychodzą ze swoich chatek, ożywiają się dopiero wtedy jak trzeba naskarżyć, że Erasmusi robią imprezę...
Całe popołudnie zleciało nam na pogaduchach i piciu herbatki, jedynie Andrzej nie próżnował! Gdy tylko zobaczył ciągnące się po horyzont krzaczki jagód, w oczach mu się zaświeciło, myśli o dżemie zaczęły chodzić po głowie i uciekł do lasu. :D Nic nie było w stanie wyrwać go ze świata jagód, a gdy Darek mu powiedział, że nie ma zabierać jagód z ich ogródka, to odpowiedział: "I tak wam niedługo śniegu nawali!" - mistrz ciętej riposty. :) Późnym popołudniem wszyscy wycieczkowicze stwierdzili, że do domu nie ma po co wracać, bo obiadu brak, pozostali mieszkańcy akademika już dawno zjedli wszystko ze swojego grilla, więc trzeba zrobić swoje ognicho! Część wybrała się samochodem po szybkie zakupy (fińskie kiełbaski grillowe – masakra…), a pozostali otworzyli linię produkcyjną dżemu w kuchni u Andreasa i Darka. Mieli szczęście, bo przy okazji dziewczyny posprzątały im całą kuchnię! No oprócz podłogi.
Ognicho, jako pierwsza tego typu atrakcja w Finlandii, wyszło świetnie. Dobrze, że się na nie zdecydowaliśmy, bo zaczęło się robić porządnie zimno i porządnie głodno. :) Pomimo tego, że poprzedniego dnia padało, to specjalista Andrzej szybko rozpalił ogień, leśni ludzie mogli się schować przy jego umiejętnościach, a podobno robią sobie ognisko bardzo często. Ale trzeba przyznać, że przynajmniej potrafili nas bez problemu wyprowadzić z lasu, a droga była całkiem długa. Natomiast droga powrotna z ich akademika do naszego trwała niespodziewanie szybko, pewnie dlatego, że było kompletnie ciemno, tylko dwie osoby miały jakiekolwiek oświetlenie na rowerze i wszyscy byli porządnie wymęczeni i okadzeni. Raz zabłądziliśmy po drodze, ale na dobre nam wyszło – odkryliśmy skrót. :)
Od tej pory żyjemy w bardzo dobrych stosunkach z leśnymi ludźmi, razem chodzimy na imprezy, a oni zjeżdżają się do Otokyla na każde możliwe corridor party. ;)




Komentuj (5)


>> 25.09.09 >> 19:43 >> O-o-onella face ;)
Dziś mamy piątek, 25 września, co oznacza, że okupujemy fińską ziemię już od 3 tygodni i dwóch dni. W tym czasie właściwie niewiele się zmieniło - temperatura w ciągu dnia nadal kręci się wokół 12 lub 13 stopni, a drzewa żółkną coraz bardziej. A tymczasem my też przyzwyczajamy się do Finlandii i erasmusowego, niełatwego trybu życia. Caaałe 3 dni zajęć - no masakra! ;)

Ostatni weekend upłynął bardzo spokojnie, ponieważ prawie połowa osób z akademika wyjechała na różnego rodzaju wycieczki. My nie znamy dobrze nawet tej naszej mieściny, więc póki co nigdzie nas nie nosi, ale wiele osób spędziło tu dobre półtora miesiąca, więc poorganizowali sobie różne wycieczki w kierunku północy. W tym czasie reszta ludzi, w tym my, korzystaliśmy z sauny i rowerów w celu dotarcia na imprezy do centrum. :) Każdego wieczora. A już w niedzielę wieczorem rozpoczynały się sesje oglądania zdjęć z wycieczek i trwają do dziś...
W sobotę pojechałyśmy do centrum sportowego pograć w unihokeja. I to nie z byle kim, bo z dziekanem i nauczycielami naszego wydziału! :D Kasia nawbijała gole, pokazała co umie, szkoda tylko, że ze zmęczenia ledwo mogła dojechać z powrotem do domu. :)

Poniedziałek został wybrany na ten smutny czas, kiedy należy odrobić zadania i pouczyć się na fiński. ;) Jak już w końcu udało nam się zabrać za co trzeba, w tym "sprawozdanie" z laboratoriów, to okazało się, że wymaga to znacznie więcej czasu niż było przewidziane, więc jak to zwykle bywa ze studentami, skończyłyśmy w nocy. A niepotrzebnie, bo następnego dnia na laboratoriach Mohamed skrzyczał nas od góry do dołu, powiedział, że nie doceniamy szansy, którą on nam daje (ciekawe cóż to za szansa - ponudzić się przy szumie wody? ^^) i w ogóle jaki to on jest wspaniały i nikt go nie rozumie. Powinien zostać emo.
Ale pozytywną stroną Mohamedowej furii było to, że wreszcie dowiedziałyśmy się, co i kiedy mamy robić, oh, chwała mu za to... dostaniemy swoje ectsy. :)

W środę wymęczone po angielskim, francuskim i nauce fińskiego (plan zajęć typowy dla inżyniera środowiska, nieprawdaż? :P) pojechałyśmy na imprezę do Onelli, chyba najbardziej uczęszczanego klubu zaraz po Jumpru. Onella jest znacznie większa, ma trzy parkiety i w ogóle jest bardziej wielkomiejska. ;) Niestety za darmo wejście jest tylko w środy, tak więc w czwartek rano, gdy trzeba iść na uczelnię, pojawia się syndrom tzw. O-o-o-onella face. xD xD Nawet kawa nie pomaga. :) A nogi bolą nawet wtedy, gdy trzeba przejechać kilkaset metrów na uczelnię. Aha! Ważna informacja - już obie mamy rowery! Nareszcie. Wyglądają, jak wyglądają, przynajmniej nikt ich nie skradnie (no chyba, że Kasia nadal będzie notorycznie psuła blokady i kluczyki do roweru - tak jak dziś :P); w końcu najważniejsze, że są sprawne, bo skoro już mamy ten jakże ważny sprzęt, to możemy jeździć na wycieczki. Pierwsza z nich już jutro, jak tylko wstaniemy po dzisiejszej imprezie... :)




NOTKA OD WYDAWCY:
Domyślamy się, że powoli zaczęły Wam się nudzić nasze notatki (oj, coś mało tych komentarzy...). No fakt, ile można czytać o tym, co zjadłyśmy na lunch i do której spałyśmy po kolejnej imprezie. ;) Tak więc od następnego razu - małe zmiany.
Oczywiście nadal będziecie musieli przebrnąć przez informacje o naszym arcyciekawym życiu, ale pojawią się też nowe (i bardziej multimedialne) wiadomości i ciekawostki o mieście, uczelni, Finach i tym, co akurat nam przyjdzie do głowy. :)



Komentuj (4)


>> 19.09.09 >> 13:25 >> Student's life
Kolejny tydzien minął, więc można zrobić podsumowanie. :) Nasz plan zajęć już nabrał ostatecznych kształtów, tzn. póki będzie trwać pierwszy period (tutaj zajęcia planowane są w trybie semestrów, które są jeszcze dodatkowo podzielone na dwa periody). Mamy czterodniowy weekend, za to od wtorku do czwartku jesteśmy na uczelni od rana do 19. Jak tylko się uda, to jeszcze we wtorek i czwartek wieczorem mykamy na basen, bo wpuszczają studenciaków za 1€. ;) A jest z czego korzystać - tory o długości 50m, mniejsze baseny, zjeżdzalnia i masaże.

Ale zacznijmy od początku. Niedziela to był zwariowany dzień dla Kasi. Wczesnie rano pobudka, bo Kasia twardo postanowiła udać się na mszę w języku angielskim do "pobliskiego" kościoła (7 km od naszego akademika, ale co to dla nas...). Wszystko wskazywało na to, że pojedzie sama, a tu proszę - pukanie do drzwi. Już po samym sposobie pukania zawsze można poznać, że to Andrzej nadciąga... xD Akurat też wybierał się do kościoła. Droga do kościoła nie jest zbyt skomplikowana, no i w koncu jechali razem, ale i tak jakimś sposobem Andrzejowi udało się zgubić. Nikt nie wie kiedy, jak i dlaczego, ale po prostu zniknął i nie dotarł na właściwą mszę. xD
To był dopiero początek długiego dnia dla Kasi. Po mszy poszła po rower i próbując otworzyć blokadę złamała kluczyk tak, że został w środku! I co teraz? No to na piechtę do domu! Oj, droga była dłuuuuuga... ale Kasia poznała kolegów piłkarzy z dalekiej Afryki, więc szło się raźniej i może dzięki temu będziemy miały jakieś tańsze wejściówki na mecz. ;) Gorzej tylko, że po rower trzeba było jeszcze wrócić. No to Kasia umówiła się, że wyjdzie po południu w kierunku roweru, a godzinę później Tomek dogoni ją rowerem i potem razem wrócą. Wyszli i nie wrócili przez kolejne 4 godziny...
Jak już wszyscy zaczynaliśmy się martwić i pisać smsy, mimo roamingu, to wreszcie wrócili. Po drodze Kasia znów poznała nowe osoby, tym razem Polaków z University of Oulu; ogólnie wrócili uśmiechnięci, najedzeni i umówieni na imprezę z ludźmi z uniwerka. :D Wieczorkiem potem już tylko herbatka i pogaduchy z ludźmi i w kimono.

W poniedziałek zaplanowałyśmy Tour de Second Shop :D w poszukiwaniu kijów do unihokeja. Wszystko dlatego, że we wszystkich miejscach, gdzie byłyśmy żeby pograć, nie było kijów, jakie Kasia potrzebuje, wszystkie były wygiętę w "złą" stronę. Ale poszukiwania i tak były bezowocne. :/ Tak więc wciąż bez upragnionego kija, pojechałyśmy w dotychczas nam nieznane rejony naszej fińskiej mieściny i znalazłyśmy salę do unihokeja. Sezon dopiero się zaczyna, więc ćwiczyły tylko dwie osoby (w tym Kasia!). Ale przynajmniej wiemy, gdzie można następnym razem szukać miejsca do poklepania piłki kijem, jeśli akurat chłopacy na piątym piętrze nie grają w hokeja. :P

Wtorek był meeeega nudny. Nie dość, że trzeba było wstać na 8.00 na laboratoria, to jeszcze wynudziłyśmy się tam za wszystkie czasy. Niby na laboratoriach mamy robić jakieś bliżej nieokreślone projekty, ale nadal nie wiemy co właściwie mamy robić. Mohameda albo w ogóle nie ma, albo wpada tylko co jakiś czas na chwilę jak po ogień, więc oswajaniem nas z laboratorium zajmuje się pracująca tam Sirpa. Biedne dziewczę, bardzo męczy się rozmawiając z nami, bo jak na Finkę przystało, konwersacja z nieznanymi ludźmi nie jest jej mocną stroną, ale trzeba jej przyznać, że się stara. ;) Niestety tłumaczenie nam tego wszystkiego, co się dzieje w laboratorium, też nie bardzo jej wychodzi, ogólnie nie mamy co robić, skutkiem czego najczęściej podpieramy ścianę (albo kaloryfer) i oglądamy sufit. Znamy już każdy centemetr kwadratowy sufitu. Ściany też.
Akurat we wtorek w laboratorium mało co się działo, bo nie działała pompa i nikt nie mógł wymyślić dlaczego. Ale dzięki temu przynajmniej wypuścili nas wcześniej. :D W końcu trzeba było się przygotować psychicznie na pierwsze zajęcia z fińskiego. ;)
Ojej, ten fiński to jakiś koszmar - do niczego nie podobny, brzmi jak chiński, wyjątków więcej niż reguł, a na koniec i tak się dowiedzieliśmy, że język mówiony ma tyle skrótów i kolokwializmów, że prawdopobnie nie zrozumiałoby się nawet pytania "Jak się masz?" od rodowitego Fina! Dominika po połowie zajęć miała już głowę przepełnioną dziwnymi fińskimi słówkami, podczas gdy Kasia tylko przypomniała sobie to, czego się już nauczyła w Polsce...

Środa zaczęła się Advanced Englishem, chyba jedynym porządnym kursem, jaki mamy i który lubimy na 100%. :) A po lunchu znów wycieczki pt. poszukujemy kije do unihokeja. Miałyśmy też ambitny zamiar pójść wieczorem na ten francuski, ale akurat padał deszcz, ktoś przyszedł na herbatę... i no tak jakoś wyszło, że nam się nie chciało. ;) Wieczorem połowa towarzystwa z akademika wychodziła na imprezę, ale nas niestety hamowała wizja kolejnej wizyty w laboratorium następnego poranka. A szkoda, podobno było fajnie. ;)

Czwartek rano. Bez kawusi ani rusz! Każda kawusia smakuje tutaj wyśmienicie, pewnie dlatego, że woda z kranu jest bardzo czysta. Tym razem można powiedzieć, że nudziłyśmy się nieco mniej. :P Najpierw znów oglądałyśmy dokładnie ściany i sufit (nic się nie zmieniło od wtorku....), ale niedługo potem Mohamed wreszcie zaszczycił nas uwagą i kazał zrobić pomiary prędkości wody, przepływu i innych paru rzeczy, bo nie mogą znaleźć odpowiednich parametrów pracy dla jakiejś nowej substancji, którą testują. Miałyśmy więc powtórkę z laboratoriów z mechaniki płynów i prawie tyle śmiechu, co na tych na naszej polibudzie (tu pozdrowienia dla wszystkich, którzy podczas laborek latali z mopem, psuli rury do obserwacji przepływu, sikali gruszką do basenu i mierzyli przepływ ekierką :D). Ale zanim mogłyśmy się pochwalić jakimikolwiek pomiarami Mohamad już gdzieś uciekł, a my musiałysmy uciekać na kolejne lekcje fińskiego.
Wieczorem ludzie z naszego akademika umówili się na wyjście do miasta z kilkoma nowo poznanymi osobami na kursie fińskiego. Niestety biedaki nie dostali przydziału w naszych akademikach, tylko stacjonują 15 km od miasteczka. Tam wokół mają tylko las i renifery, więc zaprosilismy ich na before'a w naszej Otokyla. Skończyło się tak, że koło północy nikomu z nich już nie chciało się jechać do centrum na imprezę i urządzili tradycyjne corridor party. :) Ale my, spragnione imprezy, pojechałyśmy razem z grupą najwytrzymalszych do Jumpru.
Muzyka tego wieczora była tak koszmarna, że szkoda gadać. Ale była kupa śmiechu, gdy Finowie tańczyli do heavy metalu, do jakiegoś trollowego folku i jeszcze innych dziwnych rytmów. :) Stwierdzamy też, że ludzie w Finlandii są naprawdę dziwni. :) Na codzień, np. w czasie zajęć, nie odzywają się w ogóle, chyba że ktoś im naprawdę każe, a z kolei na imprezach podchodzą i zagadują, gdy tylko słyszą ludzi mówiącacyh po angielsku, gadają o byle czym i nie wiadomo jak się ich pozbyć. ;) Ci co podchodzą raczej nie są pijani (na szczęście), ale trzeba przyznać, że niestety każda impreza w Finlandii składa się z zataczających Finów (i Finek...), zaczepiających pozostałych, mnóstwa rozbitych szklanek i porozlewanego wszędzie piwa. Dlatego Erasmusi trzymają się w kupie, rozkręcają imprezę na parkiecie i potem przeganiają pijanych Finów. :)

W piątek, gdy już odespałyśmy tą osobliwą imprezę z poprzedniego dnia, poszłyśmy na uczelnię na spotkanie dotyczącego jednego z kursów. Za dużo się nie dowiedziałyśmy, bo okazało się, że spotkanie jest rzeczywiście osiemmastego o 14.00, ale w przyszłym miesiącu. :D Tym więc sposobem zapewniłyśmy dzienną dawkę śmiechu naszym koordynatorom i jeszcze paru osobom, które akurat były w biurze. :)
Dziś wreszcie udało się też zakończyć sukcesem kupowanie kijów do unihokeja. :) Wyposażone w kije, ruszyłyśmy na długą wyprawę w północne rejony miasta, dokładnie tam, gdzie kończy się mapa. Wygląda tam nie tylko jak koniec mapy, ale też jak koniec wszelkiej cywilizacji. Szkoła, w której miał być unihokej, była zamknięta na cztery spusty, ludzi ani widu, ani słychu, więc na próżno zrobiłyśmy prawie dwugodzinną wycieczkę, wymarzłyśmy i tyle. ;) Nigdy więcej unihokeja w takich miejscach!
Na szczęście, akurat po powrocie na trzecim piętrze gotowali jedzonko, więc najadłyśmy się, popiłyśmy harbatką, więc niedługo będziemy gotowe ruszać na imprezę, jak to na piątek wieczór przystało! :)



Komentuj (1)


>> 12.09.09 >> 23:42 >> Time goes by... so quickly
No cóż, coraz rzadziej się te wpisy ukazują, powoli zaczynamy zapominać, co działo się parę dni wstecz. ;) Po prostu czas leci tu szybko i ciągle mamy za mało czasu, np. żeby wyrzucić śmieci i napisać notkę. Corridor party everyday - to wszystko wyjaśnia. :)

We wtorek z zaciekawieniem poszłyśmy na Tour de Oulu. Niestety w mejlu dotyczącym tej wyprawy nie było żadnych szczegółów na temat tych atrakcji, ale jak organizują - to wiadomo, trzeba przynajmniej zobaczyć. Okazało się, że polegało to mniej więcej na tym, że należało utworzyć kilkoosobowe grupy, które dostawały mapę miasta z oznaczonymi punktami. Trzeba było dotrzeć do każdego z nich i wykonać jakieś mniej lub bardziej łatwe zadanie i dostawaliśmy punkty, podobno najlepsza drużyna miała wygrać atrakcyjną nagrodę-niespodziankę. Tak więc szybko skrzyknęliśmy damską drużynę (+ Andrzej jako rodzynek w cieście) i dostaliśmy w przydziale jednego Fina, jako przewodnika i translatora. ;)
Wiadomo jak to zazwyczaj jest z tymi wyprawami - najpierw wszyscy mają zapał, potem siadają zarówno chęci, jak i siły. Ale na szczęście my jako jedna z nielicznych drużyn wytrzymaliśmy do samego końca i nie zmieniliśmy kierunku na pub. :) Ogólnie fajna impreza, szkoda tylko, że w niektórych punktach byli przygotowani tylko na grupy fińskojęzyczne; trochę dziwne, bo mieszkańcy chyba już znają swoje miasto... :)
Wieczorem było corridor party, na każdym z kolejnych pojawiają się nowe osoby. Ogólnie polega ono na tym, że na piątym piętrze wszyscy, jak na zawołanie, wychodzą z pokoi, gdy tylko zaczyna się cisza nocna i zaczynają nocną integrację. Szczególnie owocna w tych warunkach jest nauka języków obcych, Kasia już umie opowiedzieć o sobie po hiszpańsku, a Dominika zna części ciała po rosyjsku. xD Punktem kulminacyjnym corridor party zazwyczaj jest przyjście Miki (Dormitory Managera), który wygląda jakby został wyrwany z fazy REM snu i mówi, że mamy być cicho. ;) Ale tym razem było inaczej: najpierw próbował uciszyć, ale w końcu się przyłączył do nas i sam robił najwięcej hałasu. Podobno od tego czasu mamy pozwolenie na robienie corridor parties, pod warunkiem, że zamknięmy drzwi do tego piętra, tak żeby piętra z grzecznymi dziećmi pozostały w ciszy.

Środa to dzień pełen wrażeń. Plan przedstawiał się następująco: od 8.30 do 12 pierwsze poważne zajęcia na tej uczelni, czyli Advanced English Course, i to w dodatku z Finami! Kurs nie wydaje się być trudny, chyba będzie spoko. No i trzeba przyznać, że Finowie, którzy biorą w nim udział nie są wcale aż tak nieśmiali i ponurzy. :) Co prawda przed salą siedzieli jak w poczekalni na dworcu, nie patrząc i nie odzywając się do siebie, ale już na zajęciach, zmuszeni do mówienia, są sympatyczny i nawet się uśmiechają (dość często). :P
Jednym z zadań, które trzeba będzie zrobić w ramach kursu jest przeprowadzenie wywiadu z osobą, której językiem ojczystym jest inny niż fiński. Tak więc zaraz po przerwie zostałyśmy poproszone o udzielenie wywiadu (brzmi gwiazdorsko, no nie?), my na szczęście nie będziemy miały kłopotu ze znalezieniem kogoś, kto nie mówi po polsku. :) Już postanowiłyśmy, że gwiazdą naszego wywiadu będzie Mika, on ma gadane i tak bujną wyobraźnię, że można pewnie o nim książkę napisać, a nie tylko wywiad zrobić.
Po kursie obiadek w stołówce i drzemka. :P A po południu wycieczka do Villa Victor na francuski. ;) Tego dnia pogoda była piękna, słonko świeciło, mały wiatr, ale w drodze na francuski zlało nas do suchej nitki. :( Chowałyśmy się po drodze w różnych dziwnych miejscach, ale i tak w kompletnie mokrych spodniach i butach siedziałyśmy na zdecydowanie mało pasjonujących zajęciach z franca. Hehe, nasz poziom znajomości francuskiego charakteryzuje się tym, że po tygodniu ciągłego mówienia po angielsku nie umiemy powiedzieć nic po francusku i tym, że nie do końca rozumiemy babulenie starego Francuza, który prowadzi te zajęcia. ;) A niestety ma tendencję do odbiegania od tematu i błądzenia gdzieś w obłokach, podczas gdy my dwie i dwoje Finów spoglądamy po sobie z wyrazem konsternacji na twarzach. Ale raczej będziemy uczestniczyć w tym kursie, bo zawsze jest szansa osłuchać się z językiem.
Wieczorem w akademiku duża część ludzi siedziała w swoich pokojach, oglądając mecze itp., część zatwardziałych imprezowiczów poszła na imprezę do miasta, więc corridor party składało się tylko z nas dwóch odwiedzających Piotrka, bo złapało go przeziębienie.
Aha, nie można zapominać, że w środę były urodziny Kasi!! Obeszłyśmy pokoje z cukierkami, "Sto lat" zostało odśpiewane we wszystkich możliwych językach reprezentowanych przez mieszkańców Otokyla i poszłyśmy po najważniejszy prezent urodzinowy dla Kasi - rower! Otto obiecał, że na urodziny Kasia dostanie rower i jak obiecał, tak zrobił. Późnym wieczorem mogła już pojeździć na rowerze, tak więc teraz mamy jeden rower na dwie. ;) Niestety, jak większość tutejszych rowerów, na Tour de France to się on nie nadaje, ale kryzys rowerowy trwa, więc trzeba się cieszyć tym, co się ma. W każdym razie Otto i tak zasłużył na dużą ilość cukierków. :)

W czwartek ogólnie nic się nie działo. :) Punktem kulminacyjnym było wstanie o nieprzyzwoicie późnej godzinie i pójście na lunch na uczelnię (chociaż dla Dominiki było to dopiero śniadanie). Po południu wybrałyśmy się do miasta, żeby dowiedzieć się jak stoją tutaj sprawy bankowe, typu wypłacanie gotówki z bankomatu, z oddziału, zakładanie konta itp. To była nasza pierwsza wycieczka rowerowa, wreszcie się ludzie na nas nie patrzyli, że jacyś piesi szwendają się po ulicach. :)
Po południu zebrało się kilka osób na wyjście na unihokeja. Przepędziliśmy graczy w krykieta, wyciągneliśmy kije i daliśmy czadu! Wymęczone, ale szczęśliwe dołączyłyśmy do różnych grupek - jedne idące do sauny w akademiku, inne na ćwiczenia wodne, a dopiero potem na saunę. Tego dnia wszyscy byli raczej zmęczeni i nie urządzali imprezy. Ale w końcu wszyscy też przygotowywali się na piątek. Piątek 11.09 = Preludi, czyli największa tutejsza impreza jesieni.

Cały piątek kręcił się wokół Orientation Days dla studentów z wymian międzynarodowych. Zaczynało się wcześnie rano o 9.00 od kawusi i ciacha w stołówce School of Business. Następnie każdy krótko się przedstawił, powiedział skąd jest i jak długo jechał do Oulu. Zawsze przy tego typu opowieściach jest kupa śmiechu, bo okazuje się, że ludzie ze Stanów dotarli szybciej niż my z Polski oraz są tacy, którzy "docierali" cały tydzień z różnych powodów. :) Resztę dnia wypełniły różne wykłady i prezentacje związane z życiem studenta w Oulu. Z każdym kolejnym wykładem grono słuchaczy robiło się coraz bardziej kameralne, a szkoda, bo można się było dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy, jakie może robić student jeśli akurat nie imprezuje albo nie odsypia. :)
No a po południu to, o czym wszyscy mówili od tygodnia, czyli Preludi. W akademiku wrzało jak w ulu, bo akurat w piątek wieczorem każdy "nagle" sobie przypominał, że złapał gumę w rowerze, albo nie ma jak dotrzeć na imprezę. O bliżej nieokreślonej godzinie zaczęto organizować before'a, do którego dołączały kolejne pokoje i piętra, po korytarzach latały dziewczyny na różnym etapie umakijażowania i uczesania oraz faceci szukający trunków po kątach albo chociaż u sąsiadów. :) Ale już gdzieś koło 22 akademik zaczął rzeczywiście pustoszeć, a towarzystwo przemieściło się na jedną z wysp, gdzie organizowano imprezę. Na tyle, na ile można było zobaczyć po ciemku, to był to po prostu sporej wielkości klub oraz ustawiony w pobliżu namiot, tak żeby zmieściło się skromne zaplecze grastronomiczne i szatnie dla spragnionych imprez studentów.
Dwa parkiety, w tym jeden z muzyką na żywo, naprawdę porządna impreza, wybawiliśmy się w gronie Erasmusowym i nie tylko.
Bilans imprezy to:
- wszyscy wytańczeni, wyskakani i zmęczeni,
- parę przebitych dętek, dwa skradzione rowery, parę zagubionych ubrań,
- duuuuużo zdjęć i ciekawych historii o powrocie do domu. :)

Dziś rano wszystko nas bolało po wielu godzinach tańczenia. :) Ale trzeba przyznać, że Kasi udało się wstać rano i pójść na ostatki z Orientation Days. Prawdopodobnie motywowała ją perspektywa darmowego śniadania, bo w naszej lodówce chwilowo hula wiatr. W każdym razie przyniosła trochę informacji na temat organizowanych wycieczek do Rosji i parę łupów, np. smycz na ciągle gubiące się klucze do pokoju i do rowerów. W tym czasie Dominika obmyślała strategię realizacji obietnicy danej w zeszłym tygodniu, że ugotuje zupę na obiad. :) Tak więc po wycieczce do supermarketu zmuchnięto kurz z naszego aneksu kuchennego i zaczęło się gotowanie zupy porowej. :P Podobno wszystkim degustatorom smakowała, żadne resztki nie zostały (jak to w akademiku), miejmy nadzieję, że jutro nam też się dostanie jakiś dobry obiad u kogoś. :D
Po południu, pomimo zakwasów z unihokeja i bolących pleców po przetańczonej nocy, postanowiłyśmy razem z Madzią wyruszyć na siłownię/basen. Niestety, basen był już nieczynny, na sali sportowej był jakiś event, na saunę w akademiku też już nie zdążyłyśmy, tak więc po spacerze wokół jeziora wróciłyśmy z niczym do akademika. :)
PS. W trakcie kończenia tej notki jeszcze przyszły informacje, że na górze robią pierogi! Mniam!



Komentuj (5)


>> 07.09.09 >> 21:27 >> Water Treament Master's Degree
Może najpierw uzupełnienie informacji o czwartym dniu pobytu. Do późnej nocy gadaliśmy z m.in. Polakami, od czasu do czasu przewijali się Niemcy, ale głównie z Węgrami. Wiedzieliście, że w języku węgierskim jest wiele nazw warzyw i zwierząt hodowlanych o podobnym brzmieniu jak po polsku? Bo to Polacy po raz pierwszy im je pokazali za czasów wspólnego króla. :) W sumie wygląda na to, że Węgrzy lubią Polaków, nawet nauczyli nas polskiego przysłowia: Polak, Węgier - dwa bratanki, i do szabli i do szklanki. ;)
No a po tych Polaków i Węgrów nocnych rozmowach znów wstałyśmy w niedzielę późno. Wyprawy do kościoła pozostają kwestią sporną, bo tutaj 80% mieszkańców to luterani, a msza po fińsku to i tak jak tureckie kazanie. Ale podobno jest gdzieś jakiś kościół rzymsko-katolicki, a msze są też po angielsku. Niemniej jednak gwoździem programu niedzielnego był obiad u Andrzeja! Robił naleśniki dla połowy korytarza (tu chwila wyjaśnienia: małe kuchnie albo aneksy kuchenne są w każdym pokoju, więc wszyscy otwierają drzwi, gdy gotują w weekend, tak więc trzeba wywąchać, gdzie gotują najlepszy obiad i się wprosić :D). Ale tzw. polish pancake party pobiło wszystko - pyszne naleśniki, zrobiony przez Andrzeja dżem z tutejszej brusznicy i sos grzybowy spowodowały, że teraz nie damy mu spokoju i będzie nam musiał gotować pewnie co weekend. :)
Dalsza część niedzieli to wyprawa razem z Magdą do miasta na obchody Days of Oulu. Tym razem nie tylko posłuchałyśmy chorów w uroczej Concert Hall of Oulu, ale udało nam się dotrzeć na ten koncert organowy muzyki Haendla w katedrze. Pełna kulturka, no nie pogadasz. ;] Przypadkiem też udało nam się niedawno znaleźć miejskie centrum kulturalne, a tam zapisać się na dodatkowe kursy - języka francuskiego (hurra!) i bardzo intensywny kurs fińskiego (jeszcze nam nie potwierdzili udziału...). A to wszystko za darmo - i jak tu nie kochać Finlandii. ;)
A wieczorem było pierwsze wyjście do prawdziwej fińskiej sauny. :) Jak powszechnie wiadomo, sauny pochodzą z Finlandii, prawie w każdym fińskim domu jest sauna, w domach wielorodzinnych jest też zawsze co najmniej jedna sauna, tak samo jak w każdym z naszych akademików jest sauna. Są wyznaczone dni tygodnia, kiedy z sauny korzystają kobiety, inne dla mężczyzn, a poza tym dwa dni na tzw. family shifts, kiedy można zapisać się pokojami na konkretną godzinę (w końcu tutaj jesteśmy jedną wielką rodziną, no nie?). Tak więc jako relaks po codziennych pieszych wycieczkach do centrum miasta, sauna jest niezastąpiona, ale jak na pierwszy raz przystało byłyśmy krótko. Niedługo potem spać, bo w poniedziałek na 8.30...

Dziś rano zaczęłyśmy od wycieczki do School of Business, ponieważ tam były Orientation Days dla studentów przyjeżdzających na studia do Oulu (tylko, że na dłużej niż my, my jesteśmy tylko Exchange Students). Ale zawsze darmowa kawa i buła. ;) Potem uciekałyśmy do innego budynku na spotkanie dotyczące naszych projektów. I tutaj znów wyjaśnienie, chociaż tym razem dłuższe. Otóż w czasie, gdy jesteśmy tutaj w School of Engineering, musimy przez semestr zaliczyć przedmioty o łącznej liczbie punktów 30 ECTS i wtedy mamy w pełni zaliczony bieżący semestr na Politechnice Poznańskiej. Wszystko to jest zapisane w tzw. Learning Agreement, tam też są uzgodnione przedmioty, których uczymy się w Finlandii. Oprócz kursów językowych i kulturowych mamy m.in.:
- Refrigeration Technology (chłodnictwo) - o nim jeszcze nic nie wiemy
- Property and Facility Management - coś związanego z ekonomią, ale prowadzący dopiero się zastanawia czym będzie nas męczył
- Water and Environmental Management
- Project Work.
Te dwa ostatnie to hit dnia dzisiejszego, ale trzeba opowiedzieć od początku. :) Tak więc poszłyśmy na spotkanie z dziekanem wydziału Civil Engineering (naszego Environmental Engineering niestety tutaj nie ma). Nasza koordynatorka Katja mówiła nam, że w Finlandii kontakty na linii student-profesor są bardzo przyjacielskie i mało oficjalne, ale czegoś takiego się nie spodziewałyśmy! Dziekan Pekka Kilpinen przedstawił nas wszystkim profesorom, z którymi będziemy miały zajęcia, z każdym z nich obowiązkowo kilka minut trzeba było porozmawiać o tym skąd jesteśmy, jak nam sie tu podoba, niektórzy z nich byli w Polsce i opowiadali swoje przemyślenia. ;) Omówiliśmy też to, co chciałybyśmy robić w ramach projektów. Był pozytywnie zaskoczony, że przygotowałyśmy rozpiskę tego, co już umiemy (albo co powinnyśmy już umieć po dwóch latach na Polibudzie :P) oraz co chciałybyśmy się nauczyć. Ostatecznie skierował nas do niejakiego Mohameda Asheesha. Zapewniał, że to baaardzo sympatyczny prowadzący, wszyscy go lubią i w ogóle och i ach.
Pierwsze wrażenie nie było najlepsze, raczej oschły z porównaniu z uśmiechniętym Pekka i przemiłą Katją, ale taaak, Mohamed to zdecydowanie ciekawa postać. Jeszcze się o nim nasłuchacie. Mohamed pochodzi z Jordanii, każdy stopień studiów robił w innym kraju, ale doktorat już chyba w Finlandii. W każdym razie on tu rządzi w zakresie oczyszczania wody. ;) Wybudował na terenie uczelni własną stację uzdatniania wody (czaicie to?!?), a teraz przy współpracy z różnymi firmami i instytutami (oraz ich pieniędzmi :P) testuje różne systemy oczyszczania wody, różne koagulanty, flokulanty, dezynfektanty etc. Ale do rzeczy - my tam będziemy robić badania. :) To znaczy, przyznajmy się skromnie - Mohamed od razu stwierdził, że powinnyśmy robić nasze badania do pracy magisterskiej w tym laboratorium, ale o tym pomyślimy później. ;)
W każdym razie to właśnie z nim będziemy miały Project Works i Water and Environmental Management. Dostaniemy materiały, dostaniemy dostęp do laboratorium (tzn. własny klucz ^^), będziemy robić badania, napiszemy sprawozdanie z innowacyjnych badań. Mr Mohamed ogólnie zna się na swoim przedmiocie. Okazuje się, że wiele rzeczy, których uczono nas na uzdatnianiu wody, są nie do końca prawdziwe... ale o tym może kiedyś, gdy będziemy już więcej wiedzieć. ;) Jedno jest pewne - fińska kranówa to statystycznie najlepsza woda z kranu na świecie. No dobrze, ale to była formalna strona naszego prowadzącego z Półwyspu Arabskiego. Druga część półtoragodzinnej rozmowy była poświęcona jego i naszym podróżom, wrażeniom nt. Finów i Finlandii, jego złym doświadczeniom z pobytu w Polsce oraz zainteresowaniom sportowym.
Dzięki znajomości z Mohamedem rozwiązał się Kasi problem z poszukiwaniem treningów unihokeja. ;) Stwierdził, że w sobotę zabiera nas na unihokeja, załatwi kije i kto wie czy nie będziemy grać w unihokeja z dziakanem we własnej osobie - podobno jest miłośnikiem. ;) Czy kiedyś ktoś słyszał, żeby w Polsce studenci mieli takie kontakty z prowadzącymi?!? Ale jedno jest pewne: lepiej żebyśmy do soboty nauczyły się perfekcyjnie wszystkiego, co miałyśmy o uzdatnianiu wody i do tego nauczyły się tego po angielsku, bo dziś na pewno nie zaświeciłyśmy elokwencją. ;)



Komentuj (6)


>> 05.09.09 >> 21:10 >> Integration
Kolejny, trzeci dzień naszego pobytu, kolejne niespodzianki. Dzień rozpoczęłyśmy o godzinie 13.00 od spotkania z naszą kordynatorką Katją, chyba najbardziej uśmiechniętą i życzliwą osobą, którą miałyśmy okazję spotkać w Finlandii. Katja przekazała nam wszystkie niezbędne informacje oraz masę papierów. Wiemy już, że nasze pierwsze zajęcia na Univeristy of Applied Sciences rozpoczną się w poniedziałek kursem angielskiego, który będziemy miały razem z Finami. :D Miejmy nadzieję, że jest to kurs na tyle zaawansowany, że wszyscy będą mówić tylko po angielsku, a nie po fińsku. ;) Poza tym połowa zajęć, w tym wszystkie trudniejsze, rozpocznie się dopiero w połowie semestru.
Niestety siedziałyśmy u Katji na tyle długo, że pora lunchu skończyła się i po pysznym obiedzie został tylko zapach :(.
Zaprzeczając słynnemu powiedzeniu: "Polak głodny to Polak zły" pełne optymizmu wyruszyłyśmy do centrum na obiad do Chińczyka ;). Dalej szukałysmy rowerów, bezskutecznie... Ale odwiedziłyśmy centra handlowe i jak przystało na stuprocentowych studentów zakupiłyśmy pierwsze zeszyty - firmy Marimekko, czyli lans nad lansy w Finlandii. :) Po czterogodzinnej wycieczce zmęczone, ale szczęśliwe, wróciłyśmy do akademika.
Za najlepszą formę odpoczynku wybrałyśmy obejrzenie filmu, jednak niedługo, bo po niespełna 25 min od rozpoczęcia zjawili się nasi polscy koledzy (nagle się okazało, że tu pełno Polaków) i obwieścili o imprezie, która ma miejsce na piętrze wyżej. W ramach ścisłości: mieszkamy w akademiku A pokój 410 - trzecie piętro, a piętro imprezowe to czwarte. :) A tam - pełny korytarz ludzi, ilu - trudno zliczyć. Ale wesoło było bez wątpienia. Poznałyśmy sporo nowych osób m.in. Hiszpanów, Niemców, Turków (akurat na nas jeszcze się nie obrazili :P), Rusków, Czechów i jeszcze parę narodowości, ciężko spamiętać, a imion to już w ogóle...
Ciekawą sprawą jest tutejszy regulamin akademika, można się nieźle uśmiać czytając go, ale o tym jeszcze kiedyś napiszemy. :) W każdym razie cisza nocna zaczyna się o 22.00 każdego dnia, nie ma żadnych wyjątków (w Sylwestra pewnie też należy spać...), a po poprzedniej imprezie już ktoś naskarżył, że było głośno i wszyscy dostaliśmy stosownego mejla ostrzegawczego. Tak więc gdy zegar wybił godzinę 22.00 wszyscy udaliśmy się rowerami (i grupka biedaków pieszo) na dyskotekę. Kolejka przed każdym klubem w mieście była ogrooooooooooooooomna, te na filmach amerykańskich mogą się schować. Na szczęście przed naszym nie było źle, ale tłum który był w środku też był konkretny. Wyglądało na to, że Finowie, jeśli chcą, to potrafią się bawić, ale wiadomo, że imprezę rozkręcali Erasmusi. Hit wieczoru: koleś tanczący na parapecie w ręczniku. Chyba mu spodnie piwem zalali. :)

Czwarty dzień pobytu zaczął się jeszcze później, bo późny powrót z imprezy, i to na pieszo, nie sprzyja wczesnemu wstawaniu. Po zakupach miałyśmy zamiar skorzystać z wielu atrakcji w mieście, ponieważ przez weekend trwają Days of Oulu i występuje wielu lokalnych artystów, są koncerty, pokazy, warsztaty... Ale na nic nie zdążyłyśmy. :) No oprócz koncertu organowego, tylko że on będzie dopiero jutro. Ale przynajmniej słyszałyśmy jak stroją organy. ;) Reszta dnia znów kręciła się wokół rowerów. Lokalnym szejkiem rowerowym jest pewien Rosjanin Otto, który skupuje, naprawia i sprzedaje rowery po cenach kilka razy niższych niż w mieście. Ale ponieważ interesantów jest dwa razy więcej niż rowerów, to poczekamy na swoje jeszcze trochę... :( Ale jesteśmy dobrej myśli, "szukajcie, a znajdziecie".



Komentuj (7)


>> 04.09.09 >> 10:49 >> Once upon a time...
Drugi dzień pobytu, kiedy już udało nam się wstać, rozpoczął się od wycieczki do centrum, żeby załatwić formalności związane z akademikiem. Przyjechała po nas Laura; tym razem trzeba jej przyznać, że była bardziej rozmowna, pewnie dlatego, że była bez koleżanki. Dowiedziałyśmy się, że studiuje Civil Engineering (czyli prawdopodobnie budownictwo) i zdecydowanie nie ma wiele wolnego czasu, ale my, jako erasmuski nie będziemy się raczej przemęczać - i o to chodzi! :D
Następnym miejscem, gdzie pojechałyśmy z Laurą był kampus uczelniany, na którym znajduje się większość budynków UOAS (University of Applied Sciences - to tam "studiujemy" :P). Ciekawy widok - nieduże budynki, trochę studentów to tu, to tam i całe setki rowerów... Rower to sprzęt, który zdecydowanie znajduje się na pierwszym miejscu naszej listy zakupów, ale wcale nie tak łatwo znaleźć miejsce, gdzie można kupić rower w rozsądnej cenie, musimy się dopiero dowiedzieć gdzie. :( Bez roweru ciężko się tu poruszać, bo odległości są dość duże, a deszcz nie zachęca do spacerów. ;) Ciekawe jest też to, że prawie w ogóle nie ma pieszych, oprócz centrum miasta, całe towarzystwo porusza się na różnego rodzaju rowerach.
A wracając do kampusu, to zwiedzanie zaczęłyśmy od stołówki. :) Ryba, ziemniaki/makaron i sałatka - pyyyyyychaaa! :D A do picia coś na kształt zsiadłego mleka lub maślanki, potem wyczytałyśmy w książce Kasi, że ta maślanka czy kwaśne mleko to jedna z tradycyjnych potraw fińskich, tak samo jak pyszny pstrąg tęczowy, wyglądający i smakujący jak łosoś. Niestety posiłki wydawane są w trybie lunchu, od 10.30 do 13.30, max do 14.00, więc trzeba będzie się przerzucić na zachodnioeuropejski tryb odżywiania - lekkie śniadanie i lunch. :)
Pobieżnie obejrzałyśmy główny budynek UOAS, nie jest duży, ale ma wszystko co potrzeba - sale i laboratoria pogrupowane zależnie od wydziału, bibliotekę tradycyjną połączoną z multimedialną oraz bibliotekę muzyczno-artystyczną, pewnie jakieś instrumenty albo coś. :D
Wracając pieszo z kampusu do akademików, tylko utwierdziłyśmy się w tym, że potrzebujemy rowerów, i to jak najszybciej. Ale prawdziwa wycieczka była dopiero po południu - do centrum miasta. Nie wiem jak długo szłyśmy, ale na pewno długo. :) Idąc wzdłuż brunatnej rzeczki (fuuuuj :/), dotarłyśmy do wybrzeża, zrobiłyśmy rundkę przez wysepki, znalazłyśmy targowisko (rowerów nie było). W hali targowej kupiłyśmy pierwsze lokalne słodycze - duże ciastko o smaku pączka, tylko o dziwnym kształcie i posypane drobnym cukrem, mniam. :)
W drodze powrotnej zajrzałyśmy do sklepu i komisu rowerowego, jedynego który się nawinął, ale szybko uciekłyśmy - nawet sypiący się rdzą złom, który miał być rowerem kosztował 120€... Chyba jeszcze poczekamy. :D

Zdjęcia:




Komentuj (3)

ARCHIWUM: [wrzesień] [październik] [listopad] [grudzień]

KSIĘGA GOŚCI: [Księga gości]

ODWIEDZIN:


WYGNANE NA ERASMUSA DO FINLANDII ;)


TIME IN OULU:



WEATHER IN OULU:



NASZ ADRES:
Otokuja 2 A 410
90150 Oulu
FINLAND

Przyjmujemy listy, paczki żywnościowe i alkoholowe.